Lubię eksperymenty internetowe, zwłaszcza, gdy mają w sobie choćby niewielki potencjał finansowy. Z takiego podejścia zrodziło mi się kilka ciekawych pomysłów, które wprawdzie nie eksplodowały finansowo, ale swój potencjał ciągle utrzymują. Kolejny eksperyment, to komercyjne wpisy na blogu, o czym świadczy ten specjalny znaczek w lewym rogu tekstu. Dostałem propozycję umieszczenia na własnym blogu własnego, komercyjnego, ale niezależnego tekstu. Jedynym warunkiem stawianym przez zleceniodawcę jest umieszczenie w tekście klikalnych linków.
Ponieważ od dawna interesuje mnie pozycjonowanie stron, reklama internetowa i zależność pomiędzy dochodowością strony, a liczbą linków doń prowadzących, pomyślałem, że propozycja jest arcyciekawa. Pomysł na promowanie swoich stron właśnie w ten sposób wydaje mi się lepszy od reklamy kontekstowej na googlach, która działa trochę na zasadach aukcyjnych. Kliknięcie w link sponsorowany na googlach może kosztować złotówkę, albo złotych dziesięć. Wszystko zależy od konkurencyjności tzw. słów kluczowych, czyli inaczej mówiąc popytu na konkretne słowo lub wyrażenie.
Dobre, popularne blogi mogą być doskonałym tzw. zapleczem do umieszczania linków czyli pozycjonowania stron internetowych. Im więcej naszych linków na poczytnych blogach, tym bardziej skuteczna jest reklama internetowa. W sieci jest masa lipnych blogów służących wyłącznie do publikowania tekstów z linkami (chodzi o lepsze pozycjonowanie), ale niezbadany algorytm googla, zapewne w obronie interesów koncernu, zaczyna omijać precelki. Skorzystają na tym prawdziwe, dobrze utrzymane blogi, właśnie np. na komercyjnych wpisach. Popularne blogi mają wierną rzeszę czytelników, którzy coraz częściej poszukują alterntywnych treści. Popularny polski blog ma po kilka tysięcy odwiedzin dziennie, a coraz nowsze konstrukcje skórek sprawiają, że dostęp do treści jest na nich łatwy i przyjemny. Klika dni temu, trafiłem np. na serwis plotkarski z Olsztyna, stronę redagowaną na wzór gazety, a prowadzoną na moje oko z wykorzystaniem jakiegoś silnika blogowego. Tak zbudowane strony będą zyskiwać na popularności, a tym samym linki na nich umieszczone mogą mieć znaczną wartość w reklamie internetowej.
O tym jak trudno jest zaistnieć z linkiem na popularnych stronach przekonywać nie trzeba. Administratorzy popularnych portali bronią się przed nimi jak diabeł przed kropidłem. Chodzi oczywiście o kasę. Link na poczytnej stronie stanowi w algorytmie googla swoistą wyrzutnię, która plasuje nasze strony na górnej półce wyszukiwarki. Warto więc w reklamie internetowej i pozycjonowaniu stron pamiętać o blogerach, bo wszystko wskazuje na to, że to oni właśnie będą przyszłością internetu.

Etykiety: ,

Trwa dyskusja nt. finansowania mediów publicznych. Z tego co słychać, widać i czuć abonament radiowo - telewizyjny trafi do lamusa. Z ostatnich badań społecznych wynika, że większość ankietowanych jest za likwidacją abonamentu. Nie ma co się dziwić, nikt nie chce płacić za dużo. Zresztą powoli Europa wycofuje się z opłat związanych z radiem i telewizją. Zmiany technologiczne, dostępność multimedialnych informacji w internecie sprawia, że coraz trudniej uzasadnić obecność abonamentu. Niemcy zrezygnowali z opłat radiowo – telewizyjnych na korzyść podatku medialnego, który płacą wszyscy korzystający z internetu. U nas ma powstać zasilany z budżetu Fundusz Misji. Jakby nie liczyć pieniędzy na publiczne radio i telewizję będzie mniej, zwłaszcza, że Tusk wyraźnie powiedział: media publiczne trzeba zreformować poprzez przykręcenie im kurka z finansami.

Z punktu widzenia państwa jest kompletnie obojętne jakie media realizują misję. Nie ma znaczenia czy robi to stacja państwowa, czy prywatna. Dla słuchacza też jest obojętne gdzie ma z misją do czynienia, grunt, aby z nią obcował. Jest problem z definicją misji. W stacjach radiowych zdefiniowanie misji jest łatwiejsze niż w programach telewizyjnych. W radiu misja to słowo, a słowo jest w radiu najdroższe.

Misję w wydaniu radiowym można zmierzyć, wycenić. Słowo – czy to w wydaniu studyjnym, czy reportażowym - jest mierzalne. Można więc misję wycenić i tu – uwaga – propozycja całkowicie autorska – rzucić ją na rynek. Misja radiowa może więc przybrać formę grantów, o które mogłyby ubiegać się zarówno stacje państwowe jak i prywatne. I wcale nie jest powiedziane, że stacje prywatne stanęłyby do walki o granty misyjne. Produkcja audycji słownych jest droga i niewdzięczna. W jakiejś mierze obniża słuchalność, która także ma wymiar finansowy. Stacje komercyjne mogą wyjść z założenia: po co nam audycje misyjne, które spowodują spadek słuchalności i wpływów z reklamy. Wolimy grać i zajadać się tortem reklamowym.

Etykiety:

Na rynku nieruchomości mamy korektę techniczną. Trudno powiedzieć jak jest głęboka, bo gdy przychodzi co do czego, to okazuje się, że mieszkań tanich nie ma. Ceny jeśli są niższe, to o kilka procent, co dla spekulantów osiągających stopę zwrotu na poziomie kilkuset procent w praktyce jest bez znaczenia. Ceny nieruchomości – jak dowodzi historia – w dłuższym przedziale czasowym rosną i to nie tylko w Polsce. W sieci trafiłem na ciekawe opracowanie (homoeconomicus.pl) nt. cen nieruchomości w Wielkiej Brytanii. Nie wdając się w szczegóły można powiedzieć tak: nieruchomości są najlepszym funduszem inwestycyjnym.

W Zjednoczonym Królestwie cena domu przeciętnej wielkości wynosiła w 1949 r. 1911 funtów. W 2005 r. cena była już prawie 100 razy wyższa i wynosiła 190.760 funtów. Obecnie przekroczyła wartość 200 tys. funtów. Wprawdzie są to wskaźniki nominalne, nie uwzględniające inflacji, która w pewnych okresach także trapiła Wielką Brytanię, ale i tak w wartościach realnych nieruchomości były świetną inwestycją. W dłuższych przedziałach czasowych na zakupie nieruchomości stracić się nie da.

W Polsce trudno o wiarygodne dane statystyczne z ostatnich kilkudziesięciu lat. Złotówka przez lata nie miała wymiernej wartości, a po zmianie systemu obraz przemian rynkowych rozmyła denominacja. Tak czy inaczej, opierając się na historycznych doświadczeniach, można dojść do wniosku, że ceny nieruchomości w Polsce pięły się po wojnie w górę tak, jak w Wielkiej Brytanii. Wiadomo: kto kiedyś kupił nieruchomość i sprzedał ją teraz z pewnością w cenach realnych zarobił dużo. W przyszłości będzie podobnie. Ceny będą rosły, a ewentualne obniżki stanowiące korektę techniczną, staną się z czasem praktycznie niezauważalne.

Dobrym barometrem rynkowym jest dla mnie ebook, który napisałem na początku 2007r. Zainteresowanie tą publikacją ma ścisły związek z zachowaniem rynku. Gdy rośnie zainteresowanie nieruchomościami, rośnie także sprzedaż ebooka. Po okresie pewnego przestoju zauważam, że coraz więcej osób chce inwestować w nieruchomości. Może to oznaczać koniec korekty technicznej i powrót byka na rynek. Być może obecna sytuacja ma związek z tym co dzieje się na giełdzie, która odnotowuje największe spadki w ostatnich pięciu latach. Inwestorzy zapewne dochodzą do słusznego wniosku, że giełda jest niebezpieczna, a nieruchomości pewną inwestycją. Także nad Wisłą.

Etykiety:

Układu z Schengen nie ma

Granice zniknęły. To wielkie wydarzenie. Rozszerzenie układu z Schengen daje nam wolność i swobodę podróżowania. Zrealizowano tym samym podstawowe cele stawiane przez Unię Europejską: swobodę przemieszczania się ludzi i towarów.

Ale w działaniach Unii jest wiele hipokryzji. Nad politykami górują monopole, którym układy z Schengen nie w głowie. Trzymają się kurczowo swoich interesów jakby chciały powiedzieć: bujajcie las, nie nas.

Kilka tygodni temu miałem okazję przebywać w Brukseli i rozmawiać z wysokimi urzędnikami (ich siedziba na zdjęciu) także o korzyściach układu z Schengen. Większość z nich nie zauważała problemu, który dotyka zwłaszcza internautów, mało podróżujących, za to aktywnych w sieciowym biznesie. O ile w realu granic nie ma, to w sieci jest po staremu. Aby prowadzić biznes, kupować i sprzedawać poprzez internet, trzeba pokonać granice o tyle dotkliwe, że kosztowne.

Weźmy na przykład płatności internetowe, które nie powinny znać granic, a jest dokładnie odwrotnie. Za każdy zagraniczny przelew bankowy płacimy jak za zboże. Gdy w Brukseli zwracałem urzędnikom na to uwagę mówili: rzeczywiście płacimy za przelewy do Polski duże kwoty i to w obrębie tego samego banku. Dziś już nie ma technologicznych barier utrudniających przekazywanie pieniędzy z kraju do kraju. Lokalnie ten problem rozwiązano w poszczególnych krajach 5-7 lat temu. Przelewy kosztują, albo grosze, albo wcale. Przelewając pieniądze do tego samego banku, położonego za nieistniejącą na lądzie granicą, płacimy jak za wspomniane zboże.

Unia ma gębę pełną frazesów w rodzaju strategii lizbońskiej, a nie robi nic – lub prawie nic – aby przymusić monopole (w tym przypadku bankowe) do likwidacji granic i rzeczywistej realizacji tejże strategii. O ileż wzrosłyby obroty, gdyby bankowcy ułatwili międzynarodowy handel sieciowy znosząc horrendalnie wysokie opłaty za płatności transgraniczne. O ileż więcej moglibyśmy kupować i sprzedawać poprzez chociażby aukcje internetowe, gdyby nie było barier finansowych. Jeśli Unia nie pozbędzie się tej hipokryzji, Europa nie ma szans na technologiczne i cywilizacyjne dogonienie Ameryki.

Hipokryzję widać też w likwidacji monopoli pocztowych. Poczty narodowe wywalczyły sobie monopolizację usług najlżejszych przesyłek jeszcze na pięć lat, utrudniając wszystkim życie. Co po zniesieniu barier granicznych, skoro mamy je na lokalnej poczcie. Unia walczy z emisją dwutlenku węgla zachęcając jednocześnie – wskutek dominacji monopoli – do jeszcze większej jego produkcji.

Przykład znad Wisły. Oto prywatna firma pocztowa walcząc z monopolem musi dociążać przesyłki listowe kawałkiem blachy o wadze kilkudziesięciu gramów każdy. Można byłoby się pokusić i policzyć w miarę dokładnie ile setek ton stali (i dwutlenku węgla) idzie na marne tylko dlatego, że białe kołnierzyki z Brukseli nie potrafią uwolnić usług pocztowych. To jest właśnie brukselska hipokryzja: walczą z emisją dwutlenku i ociepleniem klimatu, a przedsiębiorczych obywateli zmuszają do ponoszenia zbędnych kosztów. O wiele prościej byłoby znieść monopol pocztowy choćby pojutrze (1.01.08)

Układ z Schengen jest swoistą fikcją. Granice pozostały. Wystarczy przekroczyć most na Odrze, aby się zorientować, że w bankomatach układu z Schengen nie ma.


Etykiety:

Siedmiu sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego zdecydowało: nie ma VAT-u przy sprzedaży działek budowlanych. Chodzi o działki sprzedawane przez osoby fizyczne z tzw. majątku osobistego.

Urzędy skarbowe traktowały taką sprzedaż jak działalność gospodarczą. Według jednej z definicji, działalność gospodarcza to czynności częstotliwe. Jeśli więc ktoś sprzedał jedną działkę, VAT-u nie płacił, jeśli sprzedał drugą, trzecią itd. była to działalność częstotliwa i obowiązywał 22 proc. podatek. Wiele osób nie wiedziało, że muszą zapłacić VAT i wpędzało się w kłopoty. Urzędy nawet po dłuższym czasie wzywały do zapłacenia wielkich sum.

W interpretacji przepisów kraj podzielił się na dwie części, na południu sądy twierdziły, że VAT-u nie ma, na północy, że jest.

Niedawno siedmiu sędziów powiedziało „nie”. Nie ma jeszcze pisemnego uzasadnienia, ale już wiadomo, że urzędy skarbowe z pokorą przyjęły orzeczenie i zmieniły zdanie. VAT-u naliczać nie będą. Co jednak z zapłaconym już podatkiem? Czy urzędy zwrócą pieniądze? W grę wchodzą ogromne kwoty. W ostatnich dwóch latach obroty w handlu nieruchomościami były rekordowe. Prawdopodobnie fiskus ściągnął niesłusznie kilkaset milionów złotych.

Wszystko wskazuje na to, że US oddadzą pieniądze obywatelom. Tak w każdym razie mówią naczelnicy niektórych urzędów. Czy tak będzie - czas pokaże. Właśnie na stanowisku ministra finansów zaszła zmiana. Nowego ministra poznamy po decyzjach w tej sprawie...

Etykiety:

Spekulanci łapią oddech?

Łatwo jest komentować przeszłość, znacznie trudniej prognozować przyszłość. Nawet na rynku nieruchomości, z natury rzeczy będącym dużo bardziej bezwładnym od giełdy. Minione dwa lata dla posiadaczy nieruchomości były prawdziwymi żniwami, oczywiście dla tych którzy w tym czasie sprzedali mieszkania lub domy. Co będzie w przyszłości?. Z końcem 2007 r. przyszła korekta spowodowana przegrzaniem rynku. Nie jest przecież możliwe, aby ceny mieszkań stale rosły w tempie 50 – 70 proc. rocznie. Tak wielkie wzrosty są niezdrowe, wręcz niebezpieczne dla rynku.

Już jakiś czas temu dotarł do mnie raport o rynku mieszkaniowym opracowany przez ekspertów BRE Banku. Raport szczególny, bo więcej w nim o przyszłości branży niż o historii. Wniosków z raportu jest przynajmniej kilka. Otóż w najbliższym czasie wzrośnie podaż mieszkań, co dość łatwo przewidzieć na podstawie wydanych pozwoleń budowlanych. Większa podaż na kilkanaście miesięcy zahamuje wzrost cen mieszkań i domów. Popyt jednak nie osłabnie i będzie utrzymywał się na średnim poziomie. Eksperci BRE spodziewają się stabilizacji cen.

Z analizy danych statystycznych wynika, że roczna produkcja mieszkań w latach 2008-2009 osiągnie poziom niemal dwukrotnie wyższy niż średnio w latach 2001-07. Przy obecnych poziomach cen mieszkań, wzrost zdolności kredytowej Polaków wchłonie dodatkową podaż bez poważnego zachwiania rynkiem. Zdolność kredytowa zahamuje dalsze podbijanie cen w latach 2008-09, ale w ciągu dwóch lat urośnie na tyle, że po ustabilizowaniu podaży mieszkań na poziomie nieco wyższym niż 200 tys. rocznie, „dźwignie” ich ceny w górę już w roku 2010.

Jest w tej analizie sens i logika, ale czy tak będzie... Dla inwestorów spekulujących na rynku mieszkaniowym jest to wskazówka, że rok 2008 powinien być okresem na złapanie oddechu. Uwzględniając jednak przynajmniej roczny cykl budowlany inwestować trzeba już za 12 miesięcy, aby zdążyć przed kolejną zwyżką. O tym jak inwestować w nieruchomości mieszkaniowe przeczytasz w ebooku.

Etykiety:

Kup kapelę za 10 dolców





Internet ma to do siebie, że każdemu daje równe szanse praktycznie w każdej dziedzinie życia. Kto z tej szansy skorzysta to już inna sprawa. Jak już wcześniej pisałem sieć to bieg na sto metrów. Każdy może wziąć udział w zawodach, ale tylko nielicznie przebiegną setkę poniżej dziesięciu sekund.

Od ponad roku istnieje w sieci innowacyjny serwis promujący nieznanych muzyków i pieśniarzy. Portal pod nazwą SellaBand umożliwia opublikowanie kilku utworów muzycznych, ich promocję i zbieranie funduszy na wydanie płyty. Internauci płacąc na poszczególnych muzyków minimum 10 dolarów finansują w ten sposób nieznanego artystę. Gdy artysta uzbiera 50 tys. dolarów otrzymuje możliwość nagrania płyty w profesjonalnym studiu np. w Niemczech, Holandii lub USA, inwestor w zamian dostaje płytę z limitowanej serii, a w przyszłości partycypuje w ewentualnych zyskach ze sprzedaży krążka. Udziały w każdym momencie można wycofać lub przenieść na innego, bardziej obiecującego artystę.

Wielu w ten sposób usiłuje sprzedać kapelę, ale udaje się nielicznym. Poznałem niedawno młodego człowieka, który wspólnie z narzeczoną nagrał świetną płytę i teraz wspólnie zbierają fundusze na SellaBand. Jacek skomponował muzykę i zrealizował pomysłowy video clip dostępny na YouTube i na tej stronie. Głosu użyczyła Luli, której wróżę karierę wokalną. Oboje są pełni zapału i w różny sposób promują swój pomysł. Wiadomo bowiem, że o sukcesie utworu nie decyduje tylko sama kompozycja i wykonanie, ale także promocja. Im bardziej dynamiczna, pomysłowa, tym bardziej skuteczna.

Kilkoro pieśniarzy zdołało zgromadzić 50 tys. dolarów. Wśród nich jest także nikomu wcześniej nie znana, dziewczyna z Polski, występująca pod pseudonimem Julia Marcell. Julia założyła konto na Sellaband 2 lipca 2007 r. i już zgromadziła 50 tys. dolarów. Na dniach wybiera się do studia, bodaj w Berlinie, gdzie nagra swoja pierwszą płytę. Wcześniej dała koncerty m.in. w Holandii.

Czy Jackowi i Luli uda się powtórzyć sukces Julii Marcell? Mam nadzieję, że tak. Są pełni zapału i widać, że tkwi w nich duży potencjał biznesowy. W końcu niejeden sto metrów pokonuje poniżej 10 sekund.

Etykiety:

Sprzeda się tylko kiełbasa wyborcza

Z firmy IAI System, zajmującej się budową sklepów internetowych dostałem maila informującego o otwarciu w sieci sklepu wędliniarskiego. O tym, że w internecie można sprzedawać wszystko (zwłaszcza w USA) wiadomo od dawna, ale prawdę mówiąc pewne dziedziny handlu raczej wykluczałem z oferty. Do nich należą takie produkty jak mięso, wędliny czy jajka. A tu niespodzianka, w internecie można kupować kiełbasę.

Sklep jest zrobiony profesjonalnie, musiał więc sporo kosztować. Raczej wątpię, by sprzedawca odniósł komercyjny sukces. Z handlem internetowym jest tak jak z biegaczami na sto metrów. Wielu zawodników biega, ale tylko nielicznym udaje się pokonać dystans poniżej 10 sekund. E-biznes jest – najogólniej rzecz ujmując – przereklamowany. Wszędzie słyszę o korzyściach: że jest tani, że działa w świątek piątek, że jest tzw. dochodem pasywnym – czyli nie wymagającym stałego doglądania. Guzik prawda. E-commerce jest drogi i czasochłonny. Właśnie czas – będący przecież najwyższą wartością – rzadko brany jest pod uwagę przy rozważaniach nt. handlu elektronicznego. Budowa samego sklepu, jego wypozycjonowanie, aktualizowanie oferty, rozreklamowanie w sieci zabiera tyle czasu, że uczciwie wszystko licząc może się okazać, iż gra nie warta jest świeczki.

Ale największą barierą w rozwoju e-handlu jest transport. Zmonopolizowana poczta nie rozumie rodzących się zjawisk i nie jest w stanie dopasować się z ofertą do wymogów współczesnego internetu. Działa jak dawniej: ślamazarnie, w godzinach od do, gotówkowo, pozornie. Co więcej, mająca nastąpić liberalizacja rynku pocztowego została przesunięta do 2011 r. dzięki czemu Poczta Polska będzie kilka lat dłużej trzymać chorą łapę na przesyłkach poniżej 50 gram. Szybka i pełna liberalizacja rynku pocztowego byłaby skutecznym katalizatorem rozwoju handlu elektronicznego. Gdyby jeszcze przymusić banki do przyspieszenia przelewów transgranicznych (i obniżenia cen) handel w sieci zapewne odnotowałby gwałtowny rozwój. Skoro w Unii towary mają gwarancje swobodnego przepływu, to dlaczego pieniądze – nie?

Nie wydaje mi się, aby w tej sytuacji swojska kiełbasa, wymagająca przecież natychmiastowej dostawy, dobrze sprzedawała się w internecie, zwłaszcza, że klient szukający nowych smaków kupuje raczej niewielkie ilości. Odbiorcy hurtowi mają swoje kanały dystrybucji, dla nich zamawianie przez internet jest raczej dodatkową formą składania zamówień. Indywidualny klient – np. emigrant - musi mieć możliwość szybkiej zapłaty i dostawy, a to będzie możliwe tylko na zliberalizowanym tj. konkurencyjnym rynku przesyłek pocztowych. Zwyczajną kiełbasę – w odróżnieniu od kiełbasy wyborczej – nieławto będzie sprzedać w sieci...

Etykiety:




© 2007 pumo.pl
Kopiowanie za zgodą autora